Zamek
Quingenburg
Na szczycie Garncarza (664m) w
Górach Sowich nad doliną Piekielnicy
wiodącą w kierunku Przełęczy Woliborskiej
stał kiedyś
murowany zamek. Jego resztki były jeszcze widoczne na początku XIX w., jednak dziś po zamku nie można odnaleźć żadnego
widocznego
śladu. Brak też jakichkolwiek opisów obiektu. Wg Alfreda Spitzera
gościniec, nad którym stała strażnica wiódł z
równiny śląskiej do obniżenia broumovskiego,
w przekazach ludowych nazywano go „Hollenweg” (co
oznacza Piekielna Droga). Zapewne był to jeden z germańskich
„świetlistych
szlaków” (Helweg). Wykopaliska
nauczycieli Galanta i Schluma doprowadziły
do odkrycia resztek zabudowy. Ponownie
prowadzono tu wstępne badania archeologiczne w 1993r.
Nieznane są
początki tej strażnicy. Prawdopodobnie uległ zniszczeniu w XIV lub na
początku
XV w. i został opuszczony. Pod koniec XV w.
stał się gniazdem rycerzy
rozbójników (raubritterów)
nękających okolice Nowej Rudy, Bielawy, a nawet Dzierżoniowa. Zburzony
przez
miejscową ludność podczas rozprawy ze zbójami. Obecnie na
szczycie nie
znalazłem nic szczególnego, jedynie na północnym stoku.
Są tam skałki i kawałek
jakby muru kamiennego.
Już od dłuższego
czasu w okolicach Nowej Rudy grasowała groźna tajemnicza banda.
Niestety,
Niestety żaden sposób nie można było wykryć, gdzie zbójcy
mają swoją kryjówkę.
Jak dotąd jedynie położona na wschód od Nowej Rudy wieś Wolibórz
jakimś szczęśliwym trafem unikała łupieżczych napadów.
Zabudowania niedużego owych czasach Woliborza
zajmowały tylko niżej położone, zachodnie części doliny, natomiast jej
wschodnie partie, sięgające bardziej w głąb głównego grzbietu
Gór Sowich, były
jeszcze porośnięte dziewiczymi lasami, pełnymi mokradeł i bezdroży.
Toteż
rzadko, kto zabłądził w te dzikie strony. W zasadzie unikali ich nawet
mieszkańcy pobliskich osad.
W Woliborzu znajdowała się wiejska
karczma, do której
w niedziele i święta schodzili się miejscowi ludzie, aby łyknąć coś
mocniejszego, porozmawiać o tym czy owym, albo wprost potańczyć sobie.
Od czasu
do czasu zaglądali tutaj jacyś nikomu właściwie nieznani, młodzi,
porządnie
odziani mężczyźni. Zjawiali się oni zwykle dość niespodziewanie pod
wieczór,
gdy karczemne towarzystwo było dobrze podchmielone. Przybysze też tęgo
popijali, robili to jednak przy osobnym stole i zawsze solidnie
płacili, ale
bywało, że ochoczo brali się również do tańców z
miejscowymi dziewczynami. Mimo
wszystko zbyt długo w karczmie nie przebywali, nigdy się nie spili i
znikali z
niej znowu nagle i jakoś dziwnie skrycie.
Wśród wiejskich tancerek rej wodziła Kinga, dziewka służąca w
pobliskim młynie.
Była to dziewczyna postawna, o nieprzeciętnej urodzie. Zrozumiałe,
zatem, że
jej piękność przykuwała oczy przybyszów, którzy
szczególnie chętnie z nią
tańczyli, po cichu wtykali jej pieniądze, a w końcu zaczęli namawiać,
żeby
poszła na noc do ich domu, nie określając bliżej gdzie on się znajduje.
Obiecywali jej za to wielkie bogactwa.
Jednak przebiegła Kinga nie dała się łatwo omamić. Aż pewnego razu
przyszła jej
do głowy dziwna myśl: czy przypadkiem ci dziwni młodzieńcy nie są po
prostu
tymi tajemniczymi zbójcami, o których tyle
mówiono. Odtąd śmiałe to
przypuszczenie ustawicznie niepokoiło dziewczynę. Toteż Kinga
zwróciła się w końcu
do swego chlebodawcy, wyjawiając mu propozycję młodzieńców i
swoje o nich
podejrzenia. Młynarz, zaskoczony całkiem prawdopodobną informacją,
natychmiast
zwołał do siebie na naradę kilku bardziej rezolutnych chłopów ze
wsi. Wszyscy
oni szybko doszli do wniosku, że przy pomocy młynarzowej
dziewki można będzie podejść i wykryć, a jeśli się oszczędzi, to nawet
schwytać
niebezpiecznych zbójców.
Ułożono odpowiedni, dobrze przemyślany i dokładny plan działania.
Najbliższej niedzieli dziewczyna zgodziła się wreszcie pójść po
zabawie z
nieznanymi młodzieńcami do ich domu. Wielbiciele prowadzili ją dzikimi
dróżkami
w stronę gór, coraz wyżej i wyżej, aż w końcu stanęli przed
jakimś górskim
zameczkiem. Na umówiony znak otworzono im bramę i wpuszczono do
środka.
Mocno podniszczona warownia była od dawna opuszczona. W niej właśnie
urządziła
swą kryjówkę groźna banda.
Tymczasem dobrze uzbrojeni młodzi mieszkańcy Woliborza
liczną gromadą skrycie podążali tropami opryszków,
uprowadzających w nieznane
Kingę. Na mokrym gruncie ich ślady były dobrze widoczne, zwłaszcza, że
noc – na
całe szczęście – była gwiaździsta. Wreszcie i oni ujrzeli przed
sobą jakiś
murowany Gródek. Zgodnie więc z
umową zalegli dookoła
na czatach i oczekiwali na któryś z paru uzgodnionych wcześniej
sygnałów
umyślnie uwiedzionej dziewczyny.
Zaczęło już lekko świtać, gdy zniecierpliwieni długim czekaniem woliborzanie ujrzeli stojącą przy otwartym oknie
Kingę.
Lekko chwiejąca się na nogach dziewczyna, z rozpiętym stanikiem u
sukienki, z
wolna przeciągała się i doniosłym, aczkolwiek nieco ochrypłym głosem
stwierdziła:
- O kurcze, jak stąd wszędzie daleko!
W pomieszczeniu rozległy się gromkie śmiechy i szyderstwa pijanych
zbójów.
A tymczasem było to umówione hasło, które Kinga
przekazała ukrytym pod
zamkowymi murami chłopcom ze wsi. Zrobiła to w chwili, gdy czujność
złoczyńców
została właściwie uśpiona.
Usłyszawszy sygnał woliborzanie
niepostrzeżenie
podeszli pod bramę zameczku, z ogromną siłą naparli na nią, wyłamali
gwałtownie
rygle, tym razem akurat niezbyt dokładnie założone, i wdarli się do
wnętrza
warowni.
Porozbierani zbójcy zostali całkowicie zaskoczeni. Na ich
zdziwionych twarzach
pojawił się strach, ale obrona tylko na mgnienie oka była bezradna, opryszkowie bowiem pozbierali się szybko,
chwycili za broń i
zaczęli stawiać zacięty opór.
Doszło do morderczej walki, często walki wręcz. Ten i ów z Woliborza
padł martwy lub ranny. Jednakże wiejscy chłopcy byli w znacznej
przewadze
liczebnej, byli przy tym trzeźwi. Nic zatem
dziwnego,
że i bandyci zaczęli obsuwać się na ziemię. Wreszcie górę
wyraźnie wzięli
wieśniacy. W końcu wszyscy zbójcy leżeli martwi bądź ciężko
poranieni.
Kinga zaraz na początku walki, przez nikogo niezauważona, wymknęła się
do
sąsiedniego pomieszczenia. Tutaj ukryła się za pokaźną skrzynią. Kiedy
zaś
szczęk broni i bitewna wrzawa ustały, dziewczyna powoli wychyliła głowę
i nie
zoczywszy ani żywego dycha wylazła cichaczem zza skrzyni.
Przez
uchylone drzwi zaglądnęła na pobojowisko, a zobaczywszy umęczonych,
niekiedy
ociekających krwią, ale o rozpromienionych twarzach chłopców ze
wsi, odważyła
się stanąć na progu. Woliborzanie powitali
ją z
niekłamaną radością.
Na dworze rozwidniało na dobre.
Chłopi spenetrowali cały Gródek. Dano też znać o zwycięstwie do
osady. Przez
najbliższe parę dni zniszczono to zbójeckie gniazdo. Zburzono go
prawie do
gruntu, rozwłóczając po otoczeniu
nawet część głazów.
Wszystko to działo się pod koniec XV w.
……………………………………………………………………………………

Tylko część
gminna nie zapomniała o zamku na Garncarzu. Układano o nim opowieści,
pisano
wiersze, śpiewano pieśni. Po czasie zorientowano się także, że w
trakcie
burzenia zameczku w ogóle nie było mowy o jakichkolwiek
skarbach, a jak
wiadomo, jego mieszkańcy byli przecież bardzo majętni. Teraz dopiero
zrozumiano, że nagrabione bogactwa były ukryte w jakimś trudno
dostępnym lochu,
rozgorączkowani zaś walką i burzeniem warowni chłopi z Woliborza
po prostu piwnicę tę najzwyczajniej przegapili.
Ale sprawa odnalezienia skarbów nie jest jeszcze ostatecznie
zaprzepaszczona.
Jak twierdziła bowiem przeszło dwa stulecia później pewna stara
wróżka z
Przygórza, może je odzyskać każda prawdziwa dziewica.
Aby
tak się stało, musi ona w noc Bożego Narodzenia udać się z zapaloną
świecą do
zamkowych ruin, a będąc już na miejscu skrzętnie uważać, w
którym momencie
płomień raptownie zacznie chylić się ku ziemi. Będzie to niechybny
znak, że
właśnie tutaj znajduję się owa piwnica, leżący zaś tuż obok głaz, to
nic innego
jak wejście do tajemniczego podziemia, pełnego złota, srebra i
szlachetnych
kamieni. Wystarczy tylko go odsunąć i …
Niestety jak dotąd, mimo upływu całych stuleci, żadna z okolicznych
dziewczyn
nie odważyła się na ten w gruncie rzeczy przecież niezbyt ryzykowny
wyczyn. Ciekawe dlaczego? Czyżby naprawdę
nie było odważnych? A może
tylko w okalających Garncarza osadach brakowało po prostu prawdziwych
dziewic?
Strażnica leży
4,5 km na wschód od Nowej Rudy.
Bibliografia:
Julian
Jantczak, „Legendy zamków
śląskich”, Wydawnictwo Erechtejon,
Wrocław 1995
Marek
Staffa,
„Słownik geografii turystycznej Sudetów. Góry
Sowie”, Wydawnictwo I-BIS,
Wrocław 1995
Joseph Wittig,
„Kronika
miasta Nowa Ruda. Kolebka i rozwój przestrzenny miasta Nowa
Ruda”, Wydawnictwo
MARIA, Nowa Ruda 2004
